O autorze
Wie wszystko o przeciwdziałaniu mobbingowi i dyskryminacji. Wdraża procedury antymobbingowe, prowadzi szkolenia, ale też i przeprowadza interwencje w firmach, które chcą dbać o swoich pracowników. Jako członek zarządu Stowarzyszenia Antymobbingowego prowadzi konsultacje i pracuje z ludźmi, którzy potrzebują wsparcia w związku z trudną sytuacją w miejscu pracy. Od 2010 prowadzi firmę Projekt Antymobbing, której celem działania jest tworzenie przyjaznych miejsc pracy i zdejmowanie z barków pracodawców problemu mobbingu.

Molestowanie seksualne w pracy, znana dzienikarka i jej przełożony - takie historie naprawdę się zdarzają

Tygodnik Wprost odważył się wywołać sensację i na okładce wylądował temat molestowania seksualnego. „Znana dziennikarka” oskarża swojego byłego szefa, który ma być „popularną twarzą telewizyjną”. Zaraz pod tym czytamy soczyste cytaty, których zadaniem było prawdopodobnie podkreślenie powagi sprawy. Moje oczy wędrują jednak zupełnie gdzie indziej: do komentarzy czytelników.

Część osób szydzi z redaktorów Wprost, sugerując im, że nie podając personaliów bohaterów tekstu, zniżają się do poziomu prasy bulwarowej.



Inni z kolei piszą, jakim to okropnym zachowaniem jest publiczne obrzucanie błotem własnego pracodawcy i gardzą „znaną dziennikarką”.

Są też i tacy, którzy szczerze jej współczują, opisują, że byli świadkami podobnych historii, starają się w kilku słowach wyrazić, jak okrutne i niesprawiedliwe są takie losy ludzkie.

Nieraz spotkałam się z sytuacjami, kiedy opowiadając historie przemocy w miejscu pracy, słyszałam, iż niepotrzebnie rozdmuchuję je do sensacji, czym podobno umniejszam ich wartość. Mam jednak nieodparte wrażenie, że ci, którzy najgłośniej krytykują tych, którzy zdecydowali się wyjawić swoje historie, zapominają, że za każdą z nich stoi dramat danego człowieka.

Opisanie molestowania seksualnego czy też mobbingu to rzecz niezwykle trudna dla kogoś, kto przez to przeszedł. Jeśli te osoby mają oparcie w bliskich, to jeszcze „pół biedy”, ponieważ przynajmniej ta część ich życia ma się dobrze.

Historie z przemocą w miejscu pracy są zwykle długie, opowiadaniu im towarzyszą drżenie rąk, łzy, zdenerwowanie. Niektóre są przedstawione w chronologicznym porządku, inne pogrążone w chaosie faktów i dat.

Dlaczego? Ponieważ ludzie którzy się na to decydują, opowiadają zwykle kilka lat, albo miesięcy ciężkich przeżyć. Ponieważ opowiedzenie tego komuś więcej niż najbliższym, to wystawienie się na ocenę i ogromny strach przed nią, spowodowany głównie tym, że to właśnie ktoś z pracy non stop/ codziennie/ co drugi dzień/ kilka razy dziennie/ co chwilę powtarzał im: „jesteś nikim”, „do niczego się nie nadajesz”, „nie potrafisz wykonać nawet najprostszych zadań”, „źle mnie zrozumiałeś”, „znowu się pomyliłaś”, „niezła spódniczka”, „popraw to”, „nie masz racji”, „nie zasłużyłaś na podwyżkę”, „nie mogę ci teraz dać urlopu”, „może po spotkaniu skoczymy na kieliszek wina, by uczcić nasz sukces”, „odbieram ci ten projekt”, „znowu ubrałaś stringi”, „właściwie już nie potrzebuję tego raportu, niepotrzebnie go pisałeś”…

W takim razie po co decydują się to wszystko opowiedzieć? By pokazać, że takie historie naprawdę się zdarzają. By walczyć o to, by inni, którzy jeszcze pracują w danej firmie, nie musieli doświadczać tego samego. By walczyć o swoją godność i odnaleźć zagubione poczucie własnej wartości.

Według mnie nieważne, czy dziennikarka jest „znana”, a jej przełożony ma „popularną”, czy też zupełnie nierozpoznawalną twarz. A może okaże się, że opowieść jest od „A do Z” zmyślona? Istotne jest, że dzięki takim publikacjom zwraca się uwagę na problem przemocy w miejscu pracy, pisze się o tym głośno. Niemniej ważne jest, jeśli przeczytawszy ten artykuł ktoś, kto ma podobny problem w pracy, znajdzie w sobie odwagę, by poszukać pomocy i wreszcie zacznie wprowadzać zmiany w swoim życiu.
Trwa ładowanie komentarzy...